Nasza wyprawa do Norwegii – z Sandefjord do Trondheim, Snillfjord i na Hitra

Zaczęło się na lotnisku w Sandefiord, ponad 100 km od Oslo. Tam bowiem przylecieliśmy z Katowic. Nasza podróż była zaplanowana na niecałe 4 dni. W Sandefiord wylądowaliśmy po 12 w południe. Od razu poszliśmy po kluczyki do zarezerwowanego przez internet samochodu z wypożyczalni przy lotnisku. Zamierzaliśmy dotrzeć w okolice Trondheim, czyli dość daleko na północ, licząc od miejsca z którego wyruszaliśmy.

Wyznaczyliśmy trasę na optymalną, i taką, która omija płatne drogi. Byliśmy przygotowani na to, że w razie konieczności śpimy w samochodzie, a w miarę możliwości jeden lub dwa noclegi, może w jakimś niedrogim miejscu. Na hotele nie liczyliśmy, zarówno ze względu na cenę, jak i na ideę naszej podróży – im bardziej dziko, tym lepiej. Chociaż przez cały czas jechaliśmy w ciepłym samochodzie, nasza droga była niesamowita – jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy na żywo pięknej norweskiej przyrody.

Znaliśmy ją jedynie ze zdjęć i opisów. Tymczasem to, co rysowało się przed naszymi oczyma, było niekończąca się skandynawska bajką. Nie dosyć, że piękne góry, to jeszcze woda niemal wszechobecna. Kiedy zaś byliśmy daleko od fiordu Oslo, pojawiały się kolejne błyszczące tafle, aż w końcu, po przejechaniu przez wyższe partie gór, znów pojawiły się fiordy, im bardziej zbliżaliśmy się do zachodniego brzegu Norwegii – tym więcej było wody. Ale po kolei: na początku było Oslo – i jeszcze przed nim piękny fiord. Na brzegu cumowało mnóstwo statków, stateczków, łodzi. Wykręcałam tylko głowę do tyłu, aby wszystko dobrze zobaczyć.

Kiedy przejeżdżaliśmy przez Oslo, było jeszcze jasno. Kilka osób mówiło nam, ze Oslo to małe miasteczko. Nie wiem, z czym je porównywali, z Krakowem, z Warszawą czy może z Londynem lub Paryżem. Przygotowana na to, ze Oslo to małe miasteczko, zdziwiłam się, bo jakoś nie chciało się skończyć. Jednak z ta różnicą, że przez Oslo się jechało – nie stało w korkach. Co prawda, było to piątkowe popołudnie, mniej więcej godzina 15-sta, i widać było ewidentnie wyjazdy Norwegów z miasta – to jednak, o dziwo, dało się jechać! W Krakowie nie moglibyśmy przepchnąć się w tym czasie nie tylko przez Aleje, ale i wszelkie drogi wyjazdowe byłyby zapchane, nie mówiąc już o trąbieniu, wyprzedzaniu na trzeciego i czwartego.


W Norwegii ludzie po prostu jadą. Każdy swoim pasem, bez specjalnego wyprzedzania się i wpychania w kółko z lewego na prawy i na odwrót. Już w Oslo zaskoczył nas pierwszy tunel, a już najbardziej zdziwił nas tunel pod fiordem prowadzący na wyspę Hitra, ale to tym później, bo od tego momentu dzieli nas jeszcze cały dzień drogi. Nie czytaliśmy nigdzie o tym, że w Norwegii jest aż tyle tuneli. Kolejna „przydrożna” sprawa, to łosie, a właściwie ich brak.

Nie spotkaliśmy żadnego łosia, poza tymi na znakach drogowych. Tych było mnóstwo, na każdej drodze, z wyjątkiem wyspy Hitra, gdzie łosia zastąpił jeleń, z zupełnie uzasadnionych powodów (jak potem wyczytaliśmy, na Hitra jest największe w Europie skupisko jeleni). Na razie jednak jesteśmy za Oslo – miastem dużym i niedużym zarazem. Dużym, jak na moje nastawienie się na :małość: tego miasta, a małym, jak na to, że jednak dało się przez nie przejechać do pół godziny.
Nasza trasa była zaplanowana na ponad 10 godzin. Jechaliśmy E6 i cała trasa z Sandefjord do Trondheim miała 628 km. Od Oslo kierowaliśmy się na Lillehammer, przy czym objechaliśmy je bokiem, nie wjeżdżając do centrum.

Po drodze mieliśmy piękne widoki na wodę i góry. Była bardzo dobra widoczność. Sądziłam, że w kraju tak wielkiej wody, będą unosiły się ciągłe mgły. Przecież wystarczy przyjść nad naszą Wisłę, i już spoza mgły nic nie widać,a wilgoć dech zapiera. Tymczasem, w Norwegii, przez tyle ile jej przejechaliśmy, była doskonała widoczność, zarówno w ciągu dnia jak i w nocy. Światła w nocy były bardzo wyraźne, wyostrzone.

Zatrzymywaliśmy się jedynie na krótkie postoje, aby skoczyć do toalety, lub coś zjeść. Co do toalet, to nie brakowało ich na szczęście. Po pierwsze, stacje benzynowe (im dalej na północ, tym trudniej takiej uświadczyć,a le nie było z tym i tak źle), a po drugie, zjazdy dla kierowców. Były to małe domki, z toaletą, gdzie była zwykle umywalka, sedes, oraz kran z ciepłą wodą do umycie rąk, a nawet, papier toaletowy. Były dwa rodzaje tych toalet: większe domki – większa wygoda, oraz małe, gdzie była tylko toaleta i papier toaletowy. W jednym z takich domków-toalet widniał napis, napisany zapewne czyjąś norweską ręką: Polish drivers, go to home, please. Jak to zauważył mój mąż, w polskiej toalecie, nabazgrany polską ręką, pewnie ten napis brzmiałby zupełnie inaczej i miałby inny wydźwięk, a pełno byłoby w nim słów tylu wyp…, fuc…, itd. Nie ma to jak norweski kultura. I nawet PLEASE było dodane. A to przykład, jak w Norwegii dbają o kierowców :-). Takie tablice na jednym z miejsc postojowych przed toaletą – można sprawdzić sobie wzrok.

Jechaliśmy w ciągu dnia i w nocy. Mijaliśmy po drodze małe miasteczka, właściwie skupiska domków na tle pięknych krajobrazów. Kiedy przejeżdżaliśmy przez jakiś odcinek kraju, gdzie były same góry, bez wody, już zatęskniliśmy za tym, jak góra przegląda się w wodzie. Było już ciemno, w dodatku trafiliśmy na jakiś opad śniegu. Wokoło było biało i bardzo ślisko. Dobrze, że ten samochód miał opony zimowe. Kiedy wyszłam na zewnątrz do toalety, sama wpadłam w poślizg na oblodzonym asfalcie.

Na zewnątrz były 2 stopnie, a my byliśmy już bardzo zmęczeni tą wielogodzinna jazdą. Kiedy już byliśmy jakieś 50 km od Trondheim, zjechaliśmy na jeden z takich punktów do zatrzymania się, i tam zaparkowaliśmy za dwoma tirami. Trzeba było się zdrzemnąć. Zastanawiałam się tylko, czy obudzimy się z zimna zanim zmarzniemy. Uznaliśmy, że jednak zimno na pewno nas obudzi, i wtedy zagrzejemy w samochodzie. Tak tez robiliśmy. Co jakiś czas zimno budziło nas, i wtedy zapalaliśmy silnik. Takie spanie było dość męczące, ale dało się. Byliśmy wyposażeni w śpiwory.

Pierwszy dzień w Norwegii już za nami. Budziliśmy się co jakiś czas w nocy, aby włączać ogrzewanie. Na dobre wstaliśmy około godziny godziny 6 i 7 – w zależności od tego, kto. Było ciemno. Zupełnie ciemno. W Polsce o tej porze w październiku o 7 jest zupełnie inaczej, cokolwiek widać. Dość ciemno było nawet o 7.30, dopiero koło 8 zaczęły się pierwsze szarości. Byliśmy już w drodze do Trondheim, zwłaszcza, że został już nam tak mało do przejechania (w jedna stronę). Miasteczko ładne, przejeżdżaliśmy koło słynnej Katedry w Trondheim. Bardzo ciekawa, architektura, a w porównaniu do tych prostych drewnianych domków już zupełnie inna. Chociaż Trondheim było różnorodne architektonicznie, można uświadczyć starych kamienic, a w części portowej nowoczesnych apartamentów z dużymi przeszkleniami. Nie podobały mi się jedynie bloki, jak w każdym mieście. Jednak bloki w Norwegii i tak bywały inne od tych polskich z wielkiej płyty. Niektóre były nawet całkiem ładne, a wręcz ozdobne. Zupełnie inaczej wygląda blok z drobnej czerwono-brązowej cegiełki klinkierowej (choćby to nawet była tylko elewacja a sam blok z czegoś innego). Jednak milej się patrzyło na tego typu bloki.

Bardzo chciałam zobaczyć Morze Norweskie, iść nad nie, spacerować plażą. Jednak to nie takie proste, kiedy się jest wysoko, a w dole dopiero wyłania się woda, piękna woda – to był Trondheimsfjorden. Zjedliśmy śniadanie w części portowej Trondheim, zaopatrzyliśmy się w wodę do picia w Coop i ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy drogą wzdłuż fiordu, przez Heggdalen, Trolla, Rye. Podziwialiśmy przepiękne krajobrazy – były naprawdę cudowne. Woda i góry, wielkie, olbrzymie skały i wodospady spadające z samej góry. Co ciekawe, żadna woda nie wylewała się wprost na drogę. Nawet, jeśli ściekała po skałach, czy wylewała się w dużych ilościach zaraz koło drogi, to nie zalewała jej. Norwegowie robią dobre odwodnienia wzdłuż drogi.

Podziwiając Snilfiord, zaczęliśmy szukać noclegu. Wiedzieliśmy, że tam mają być domki tzw. hytte. Zaczęliśmy poszukiwania. Po drodze nad wodą obejrzeliśmy jeszcze olbrzymią, starą łódź wikingów oraz statek wpływający w tę okolicę. Zjechaliśmy z drogi głównej, w celu odwiedzenia jakichś hytte i wybadania sprawy z wynajęciem domku.

Dotarliśmy do pięknych domków nad wodą, z trawa na dachu. Chciałam wejść do środka, sądząc, że jest otwarta recepcja, jednak na drzwiach była karta, że w soboty otwarte jest od godziny 14 do 23, a w niedziele od 12 do 21. Wróciłam do samochodu, pokazała się jakaś pani, od której dowiedzieliśmy się, że te hytte to apartamenty, a inne hytte są gdzieś na kempingu, na Hitra. Pojechaliśmy w ich poszukiwaniu. Trafiliśmy na jakiś śmieszny kemping, gdzie były nie tylko domki i przyczepy, ale również mnóstwo różnego badziewia, typu sztuczne jelenie, sarenki, trolle przypominające bardziej myszkę Miki niż trolla, itp. Choć czuliśmy odrazę do takiej mieszanki, próbowaliśmy się dodzwonić do kogoś, kto udzieliłby nam informacji czy można wynająć któryś z domków na jeden nocleg. Recepcja oczywiście była zamknięta, a na jej drzwiach informacja, aby dzwonić na komórkę. Nikt jednak nie odbierał, więc odjechaliśmy stamtąd. Wtedy już stwierdziłam, że na pewno niczego nie znajdziemy poza hotelem, bo w związku z tym, że nie jesteśmy w sezonie wakacyjnym, już pewnie nikt nie wynajmuje hytte. Na Hitra dojechaliśmy tunelem. Hitra to norweska wyspa, dość duża – ponoć raj dla norweskich wędkarzy. Na wyspę nie trzeba płynąć statkiem, ponieważ jest zbudowana droga pod wodą. Długi tunel, którym dociera się niemal na sam środek wyspy.

Wróciliśmy z Hitry na drugą stronę tunelu, i tam zapytaliśmy w jednym z domów o pokój – ponieważ ktoś nam powiedział, że tam można wynająć go. Jednak pani Norweżka powiedziała, że nie mają w tej chwili przygotowanego pokoju, naradziła się chwilę z córką, i zaczęła tłumaczyć mi gdzie jest nocleg na Hitra. Podziękowałam i szukaliśmy dalej. Jeszcze raz zjechaliśmy z głównej drogi, ponieważ mijaliśmy kolejny znaczek kempingu. Jechaliśmy ta boczną drogą dobre kilka kilometrów. Nie dało jechać się szybko, bo kamienie pryskały spod kół, choć pod spodem był asfalt. Już straciliśmy nadzieję, że coś znajdziemy, jednak jechaliśmy dalej, ponieważ widok był przepiękny. Dzikie skały, woda. Na dole skał roślinność, u góry zupełnie nagie kamienie. Skały ciągnęły się pionowo w górę, zapewne wysadzone kiedyś w miejscu, gdzie miała powstać droga. Dotarliśmy do miejsca, gdzie był rzeczywiście camping, ukryty wśród gór otaczających zakończenie fiordu.

Widok był przepiękny, ale też nie było kogo zapytać o możliwość noclegu. Zobaczyliśmy jakiegoś człowieka, więc zapytaliśmy wynajęcie domku. Okazało się, że domek wynajęliśmy, i to z pięknym widokiem. To nowe poddasze domku, z tarasem u góry, z aneksem kuchennym i salonem, łazienką i 3 sypialniami. Byliśmy sami w domku, więc mieliśmy dla siebie cała górę. Dół był tylko przejściem, oraz pomieszczeniem gospodarczym. Na początku w domku było chłodno, jedynie w łazience było cieplutko, ponieważ było włączone ogrzewanie podłogowe. Jednak już po chwili włączony piecyk oliwny na prąd zaczął nagrzewać mieszkanie, do tego stopnia, że w nocy było nam już gorąco i budziliśmy się tym razem z powodu nadmiernego ciepła. Jak widać, drewniane budynki i dobrze ocieplone mogą doskonale spełniać swoje zadania.

W końcu w Norwegii głównie buduje się z drewna ze względu na jego właściwości, a także dostępność. Chociaż kamieni, skał, głazów, jest tam bardzo dużo, całe góry, to jednak buduje się z drewna. Wyjątek stanowiło kilka domków, gdzie dół był zrobiony z kamienia, a góra z drewna, to były jednak stare domy, i nowe są już całe z drewna.

Po ulokowaniu się w domku, poszliśmy oglądać okolicę. Właścicielka campingu powiedziała nam, że możemy iść wszędzie, gdzie zechcemy, bo to wszystko co widać wokół, należy do ich campingu. Poszliśmy w kierunku skał, na koniec campingu, gdzie był widok na pełne morze oraz wyspy. Potem jeszcze podeszliśmy na pomost rybacki znajdujący się w zacisznej części kempingu. Jeszcze raz wróciliśmy na skały, już inna ścieżką. Na trawie leżało mnóstwo muszli. Bardzo chcieliśmy znaleźć te muszle, ponieważ obiecaliśmy naszemu dziecku, że jakieś przywieziemy z Morza Norweskiego. Były przepiękne, kręte – prawdziwie oceaniczne, oraz płaskie z falami – podobne do tych jakie znaliśmy z Włoch znad morza Tyrreńskiego, tylko o wiele większe. Wiele było też płaskich czarnych muszli z niebieskim nalotem. Leżały sobie tak pośród jesiennych liści,w trawie, gdzie najwyraźniej zaniosło je morze w czasie sztormu, wlewając się w te miejsca, gdzie sobie teraz spokojnie staliśmy. Dziwiło nas, że w takim razie nie zalewa całego campingu, skoro było ona właściwie poniżej miejsca, skąd zbieraliśmy muszle. W takim razie zapewne skały chroniły to miejsce przed zalaniem.

Po powrocie aż do zmroku patrzyliśmy z cudowny widok za oknem, popijając ciepłą herbatę, siedząc sobie w naszych śpiworach na wygodnych sofach w naszym tymczasowym salonie.

Kolejnego dnia wybraliśmy się jeszcze raz na skały, aby spojrzeć na morze, wyspy i wszystkie te piękne kolorowe cuda. Mocno wiało, jednak było ponad 10 stopni. Spakowaliśmy się i poszliśmy pożegnać się z właścicielka kempingu oraz oddać klucz. Podziękowaliśmy za wszystko i odjechaliśmy.

Zastanawiał nas jedna rzecz, mianowicie słowo: tusen takk. Jeszcze w czasie kursu norweskiego, używaliśmy w dialogach tych słów, natomiast kiedy mówiliśmy to w Norwegii do Norwegów, w podziękowaniu za coś, widać było, że ich to wyraźnie bawi. Zauważyłam też, że nawet zwykłego: TAKK, używają rzadko, i np. w sklepie, zarówno sprzedający jak i kupujący, powie vær så god, a nie po prostu Takk.

Niedzielne popołudnie, aż do późnej nocy, zajął nam powrót w stronę lotniska, z jakiego mieliśmy samolot powrotny. Zatrzymywaliśmy się po drodze od czasu do czasu, aby wyjść z samochodu, przejść się czy zrobić zdjęcie. Jednak większość zdjęć i tak robiłam przez przednią szybę, ponieważ nie mogliśmy przecież zatrzymywać się co chwilkę. W niedzielę chyba zrobiliśmy najwięcej zdjęć domom z zielonymi dachami. Przejeżdżaliśmy przez taki region, gdzie było sporo takich domów, głównie starszych, małych, może niezamieszkałych, ale były też takie,w których widać mieszkali ludzie.

Wspaniała rzecz: brak dymów z kominów, brak smrodu palonych śmieci, butelek i wszystkiego co się da. Domy ogrzewają prądem, chociaż wokół drzew jest pod dostatkiem. Dym leciał może dosłownie z kilku kominów, co w skali przejechanych przez nas kilometrów jest bliskie zeru. W niektórych domach w ogóle nie było kominów, co może wydawać się niepojęte, że w takim klimacie można żyć bez komina w domu, beż żywego ognia. Po prostu w Norwegii mają prąd i grzeją prądem. A mają go raczej od dawna, zupełnie inaczej, niż w Polskich chatach. Jak Polska chata miała istnieć bez komina, skoro nie było w niej prądu? A jak w Polską chatę ogrzać prądem, skoro prąd taki drogi lub zarobki małe w stosunku do cen prądu? Norwega stać na ogrzanie prądem swojego drewnianego domu. Ceny prądu też ponoć nie są wysokie.

To co urzekało nas, oprócz przyrody, zielonych dachów na domach oraz uprzejmości Norwegów, to również ich drewniane domki na skrzynki z listami. Przy wjazdach maleńkie domki z daszkami, niektóre nawet ze ścianami, inne zaś proste, jedna ścianka plus daszek, zrobiony z drewna, dachówek lub po prostu z trawy. I tam mnóstwo skrzynek na listy, np. dla kilkunastu mieszkańców czy dla kilku domów, czasem tylko jedna lub dwie. Widziałam nawet jeden domek niemal tak duży, jak przystanek autobusowy, a w nim cała ściana zapełniona skrzynkami na listy okolicznych mieszkańców. W Polsce już dawno nie byłoby tych skrzynek i daszków, nie mówiąc już o listach.

Przejeżdżaliśmy znów przez zimową krainę, gdzie można było uświadczyć nawet widoku bałwanków śnieżnych na podwórkach i skał pokrytych śniegiem.


Zaczynały się już niedzielne powroty, czyli coś, co jest i w Polsce, tylko na inną skalę. Tu wszyscy jechali spokojnie, jednak masowo zmierzali do domów. Najbardziej ruch nasilił się w pobliżu Oslo. Miasto było przepiękne nocą. Tysiące, miliony światełek, tak wyraźnych, jak gwiazdki w mroźna noc. Ach, ta widoczność, niezależnie od tego, czy w dzień czy w nocy – rewelacyjna. Około północy byliśmy w pobliżu lotniska. Ta noc należała do samochodowych – czyli spanie, budzenie się, włączanie ogrzewania i znów spanie. Potem już tylko ostatnie tankowanie do pełna przed oddaniem samochodu, krótkie zakupy w sklepie – chcieliśmy spróbować norweskiego sera. I na lotnisko. Chwila czekania, jeszcze zakup norweskiej czapki uszatki zamiast łosia, i można iść do odprawy. Tu o wiele lepsza była odprawa niż w Polsce: nikt nie oglądał przez kilka minut podejrzliwie moich kosmetyków, nikt nie sprawdzał mnie od głowy aż po kolana, czy nie mam przy sonie niczego podejrzanego. Po prostu dokumenty, przejście przez bramkę, proszę, dziękuję. I już czekamy na samolot. Na lotnisku mnóstwo Polaków, kilku Norwegów i norweska wycieczka szkolna do Polski. Lecimy. W Polsce jak to w Polsce, luz blues, w drodze same dziury. Wracamy do Krakowa, wjeżdżają nam w tyłek, wyprzedzają na trzeciego i czwartego, bez kierunkowskazów, radary nawet na samych bramkach, dymy aż po samo niebo, właściwie to nieba nie widać. Jak to robią ci Polacy? A jak to robią ci Norwedzy, że tego nie robią, a mają wszystko jak trzeba? Zagadka.


W Polsce nie robi się tuneli w górach, żeby nie niszczyć przyrody. Za to niszczy się ja na tysiąc innych sposobów.
W Polsce pali się śmieciami, a na węgiel nie stać nawet człowiek w zagłębiu górniczym.
W Polsce robi się od razu dziurawe drogi, niby potencjalnie dziurawe, jednak ta potencja już jest przesądzona w postaci masowo odjeżdżających materiałów budowlanych w niewiadomych kierunkach.
W Polsce problemem jest zainstalowanie 2 głupich bramek na czymś, co nazywają autostradą, aby potem stać w kolejce do tych bramek po kilka godzin.

Itepeitedeeeeeeeeee
W Norwegii jest po prostu autopass. Dobrze go mieć, bo problem opłat znika. Płaci się za drogi, owszem, ale nie ma z tym problemu. Np. w samochodzie z wypożyczalni był zamontowany automat, i wystarczyło wjechać na płatny odcinek drogi lub do miasta, i tylko był plusik zielony, że sczytało. W Norwegii płaci się tez za wjazdy do miast. W tym przypadku, jeśli się ma autopass, to wszystko zlicza.

Sprawy finansowe. Na pewno każdy, kto wybiera się do Norwegii, chciałby mniej więcej policzyć sobie, ile na co trzeba wydać. Napiszę w skrócie, ile naszej dwójce wyszło. Samolot – tanie linie, 120 zł za 2 osoby. Wynajem samochodu już z opłatami za płatne odcinki i wjazdy do miast – około 800 zł. Paliwo w Norwegii za przejechanie z lotniska w Sandefjord aż za Trondheim – około 600 zł. Jeden nocleg za dwie osoby łącznie – 500 koron (ok 250 zł) – ale to bardzo duży wyjątek. Gdyby nocleg był w hotelu, za każdy nocleg os osoby trzeba by zapłacić od 300 zł do 500 zł/osoba lub więcej. Razem wychodzi więc około 1770 zł.
Jedzenia właściwie nie kupowaliśmy, ponieważ mieliśmy swoje jedzenie z Polski, które zupełnie wystarczyło nam na tak krótki czas. Jedynie dokupiliśmy 1 chleb, kilka butelek wody do picia, oraz ser do spróbowania i bułkę. Cena chleba w Norwegii to jakieś 3,50 zł. Czytałam gdzieś, ze dobry chleb kosztuje tu jakieś 10 zł lub więcej, jednak ten za 3,50 był w porządku. Zwykła mała bułka – jakieś 1,20 zł. Ceny sera nie pamiętam.
Czapka na pamiątkę – 75 zł.

Z ciekawostek, jeśli chcemy jechać do Trondheim czy w jego okolice, bardziej na północ, można drogę zaplanować tak, że leci się do Bergen, a stamtąd dalej płynie statek właśnie do Snilfjordu, opływając wysepki w miejscu, gdzie mieliśmy nocleg. Mówiła nam o tym właścicielka kempingu. Ten statek ponoć codziennie tam przypływa z Bergen. Nie wiem jednak, jaka jest cena biletu. Ale musi być cudownie płynąć taki kawałek morzem Norweskim.

Norwegia – piękny kraj, mili ludzie. Im dalej na północ, tym bardziej wyludnione okolice. W końcu dociera się do miejsc, gdzie domy są rzadko, a jedynie skupiska domków, jakie widać, to nie wsie, ale po prostu hytte na lato. Tam podobnie jak w wielu innych krajach, mają ludzie wykupione domki, swoje przyczepy kempingowe, do których wracają co lato. Trafiliśmy na porę, kiedy domki były wyludnione,a plaże puste, co miało swój urok – mogliśmy się poczuć jak jedyni ludzie w tej pięknej okolicy.

Następnym razem chciałabym, abyśmy pojechali jeszcze bardziej na północ. Jeśli zdarzy się nam kiedyś dotrzeć na Nordkapp, na pewno o tym napiszę :-)

mks

hastagi na stronie:

#ceny w norwegii 2011

Authors

Related posts

Top